Delikatna materia..

Gorszy od kultu jednostki jest kult zera.
(Stanisław Jerzy Lec)

Władza to delikatna materia. Trzeba z nią jak z jajkiem, chuchać na nią i dmuchać i niczym nie urażać, w żaden sposób nie urągać, nie dopiekać, złego słowa o niej nie mówić. Tymczasem, po dłuższej chwili złagodnienia, mnie się ponownie coraz częściej zbiera na jawne strofowanie takiej czy innej władzy. W swojej naiwności wciąż jeszcze wierzę, że potraktowana konstruktywną krytyką władza weźmie ją sobie do serca i otworzy oczy na pewne kwestie, których w ferworze rządzenia być może nie zauważyła. Które pominęła, nie inaczej, zupełnie nieświadomie i tylko dlatego sprawia wrażenie, że to społeczeństwo jest dla niej, a nie ona dla społeczeństwa. Wstyd mi jedynie, że w momencie przypominania o odpowiednim miejscu na lokalnej ziemi pozwoliłam, by zabuzowały we mnie emocje i nie owinęłam powyższych słów w bawełnianą szmatkę, a rzuciłam je prosto z mostu, jakże nierozważnie. I masz ci los, się władza pogniewała i przez pewien czas odzywała do mnie jedynie w razie niezbędnej konieczności, co zresztą aż tak mną nie wstrząsnęło, ta konkretna władza bowiem ma tendencję do nadużywania rozpolitykowanej nowomowy. Do tego każdemu mówi, co mu miłe słyszeć, a to doprowadza mnie do stanu wrzenia, lizusostwa bowiem nie dzierżę. Niczym innym bowiem jest słodzenie do uszka władzy jeszcze wyższej, która to niższych szczeblem w garści mocno trzyma i trzeba mieć sporo cywilnej odwagi, by w okolicy najwyższemu się przeciwstawić. Nie dzieje się tak od wczoraj. Najwyższy już dawno chwycił mu podległych za gardła i, ufny w swoją bezkarność i wszechmoc i od lat do uległości przyzwyczajony, ani na krztynę nie popuszcza. Ci, którzy się buntują, kończą zwykle jak niepyszni, nie mają bowiem poparcia większości, są samotną donkiszoterią. Brawa im się należą, choć niewiele zwojują, zduszeni przez apatyczną większość. W tym miejscu chciałoby się rzec, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie, i że kiedyś w końcu minie ta poddańcza paranoja strachu, którą władza, nie tylko w gminie najwyższa, sobie wypracowała. Nic na to jednak nie wskazuje. Ba, obserwując moje codzienne podwórko można raczej wysnuć wniosek, że coraz głębiej w psychozę popadamy, pozwalamy sobą manipulować, dusimy w zarodku własne punkty widzenia, milczymy posłusznie, nawet kiedy gotuje się w nas sprzeciw. Kilku donkiszotów zostaje zwykle zbytych ciszą współtowarzyszy niedoli i banalnymi słówkami władzy. A przecież rządzenie przy pomocy zastraszania świadczy o słabości władzy, o jej niepewności siebie, o nieposiadaniu rzeczowych argumentów, o kompleksach. Taka władza lubi podwładnych cichych, nieoponujących, niezbyt lotnych. Należy jednak pamiętać, by władzy jakiegokolwiek szczebla nie wypominać ani strachu, ani skurczonego myślenia, wtedy bowiem władza się jeży i obrusza, wiadomo przecież, że bać się mogą maluczcy, nie rządzący. Ci, którzy koła sterowego choćby małym palcem dotykają nieustraszeni są i nawet jeśli gną się pod naciskami tych, którzy wyżej, robią to z własnej i nieprzymuszonej woli, na ochotnika całując ziemię, po której stąpa zwierzchnik. Ja, cóż, całować ziemi niczyjej nie zamierzam, wielce to jest bowiem niehigieniczne. Poza tym, obcowałam z władzą przez ładnych kilka lat, mój własny ojciec był najpierw wójtem, potem burmistrzem, dlatego też sam fakt bycia władzą nie robi na mnie wielkiego wrażenia i nie toleruję postawy jestem przy władzy, więc klękajcie przede mną narody. Dzieje się wokół mnie tyle rzeczy, które nie powinny mieć miejsca, że przez wakacje zamierzam naładować akumulatory, a potem upierdliwie podszarpywać delikatną materię.

Najbardziej tępi przedstawiciele władzy są najbardziej skurwysyńscy. Postuluję, żebyśmy jeszcze płynniej w dupę wchodzi temu, który rzuca nam pod nogi największe kłody. Znów rzucił, głównie on. A my we wrześniu zaprosimy go na pierwszy dzwonek, poczęstujemy kawką, uśmiechem i radosnym słowem. On zaś nam się odwdzięczy pustą nowomową, nafaszerowaną fałszem i samozadowoleniem. Na dziewięćdziesiąt kilka procent tę potyczkę z nim przegraliśmy – ufam, że wyciągniemy z niej wnioski i nauczymy się nie płaszczyć przed niczego sobą niereprezentującym bucem, który myśli, że na ziemi jest pierwszym po Bogu. Przyznaję, spodziewałam się porażki, ale nie bycie wdeptanym w ziemię przez kogoś, kto z urzędu winien reprezentować nasze interesy. Choć wdeptuje nas od co najmniej trzech lat, dlaczego tym razem miałoby być inaczej? Gorszy od kultu jednostki jest kult zera. Święta prawda.

Jest ktoś, komu zawdzięczamy bardzo wiele. Obyśmy o tym nie zapomnieli, bo dzięki niemu dziewięćdziesiąt kilka procent niemożliwości zamieniło się w sto procent rzeczywistości.

Wpis opublikowaliśmy 24 czerwca 2011

Niech się cud stanie, wygrajmy głosowanie..

Cud jest dla mnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Wyłącznie. W mojej teorii nie bez znaczenia jest zapewne fakt, że żadnego nie doświadczyłam, a moja niewierna natura nie wierzy, póki nie dotknie, nie poczuje, nie zobaczy choćby. Niemniej cuda pojawiają się i wokół mnie. Czasem cudem ktoś prześliźnie się przez egzaminacyjne sito, czasem cudem się ktoś nie pośliźnie na banalnym zagadnieniu, czasem cudem uda mi się nie zapomnieć o wypełnieniu tysiąc pięćset sto dziewięćsetnego świstka, czasem cudem uda mi się pamiętać to, o czym inni nie zapominają nigdy. I tak dalej. Życie jak każde inne. Żadne mecyje. Od czasu do czasu jednak, zupełnie znienacka gruchnie w pipidówce wieść o cudzie prawdziwym. Jak wtedy, kiedy na brzozie pod sąsiednią wioską pokazał się wizerunek Jezusa. Się wtedy działo. Przez cudowny las przewijały się tłumy z bliska i z daleka, pojawiła się prasa, zawitała telewizja. Każdy chciał zobaczyć wyłuskaną spośród innych drzew świętą brzozę. Jedni się modlili, inni sensacji szukali, jeszcze inni ciekawością wiedzeni na własne oczy chcieli się przekonać, czy Jezus dobrze jest widoczny, czy tylko czyjaś bujna wyobraźnia zaraziła gawiedź i wywołała falę religijnej histerii. Faktem jest, że i najbardziej wierzący i najbardziej zatwardziali w niewierze ciągnęli do lasu brzozę oglądać. Wszyscy oprócz mnie. Ja najpierw wybierałam się niczym sójka za morze, potem cudowne drzewo zniknęło w odmętach mojej niepamięci. Aż tu kilka dni temu czytam na popularnym portalu społecznościowym, że kto żyw i kto lokalny patriota, winien głosować w konkursie na drzewo roku. Głos swój, to oczywiste, oddać należy na ową brzozę, zgłoszoną do konkursu przez dwoje uczniów naszej szkoły. Jak się dziś okazało, inicjatywa wcale nie jest błaha, ani tym bardziej humorystyczna, zgłoszenie bowiem zostało wybrane spośród ponad osiemdziesięciu innych, profesjonalnie obfotografowane przez specjalistę ze stolicy i umieszczone na stronie internetowej akcji. Zakwalifikowane do finałowej szesnastki w chwili pisania notki zajmowało zaszczytne szóste miejsce. Pisanina powyższa, wiadomo, bezinteresowna nie jest, bo obiecałam dzieciakom, że ich typ rozpropaguję. Proszę więc o klikanie [URL="http://baobab.nazwa.pl/www/drzewo_roku/"]TUTAJ[/URL] , wybieranie obrazka z brzozą z Michałowa i głosowanie do upadłego.

Wpis opublikowaliśmy 8 czerwca 2011

Nieufność kocia i człowiecza, czyli dwa słowa o podobieństwach..

[URL="http://www.youtube.com/watch?v=gfdl7k136co"]KLIK[/URL] dla każdego, kto chce być kotem, i kto lubi kreskówki też

Skulony na fotelu, Kitajec obserwuje moją dłoń. Najdrobniejszy ruch i spina się do ucieczki. Nie ufa mi. Strach ma zapisany w genach. Jego siostra, Tina, od maleńkości pozwalała się złapać i gmerać za uszkiem, on chował się w najdalszy kąt pod szafką, dawał nura w najgłębszą trawę. Czmychnąłby gdzie pieprz rośnie, gdyby miał pojęcie, którędy biec. Jest jedynym z piątki futrzaków niepotrafiącym pogrążyć się w kocim śnie. Zamiast zwinąć się w mający wszystko w poważaniu kłębek, na wpół zmrużonymi oczyma przygląda się podejrzliwie światu. Musi pilnować, by nikt go nie złapał na gorącym uczynku nieuwagi. Są rzadkie chwile, kiedy Kitajec łaskawie daje się podrapać po łopatkach. To lubi najbardziej, mruczy wtedy niczym nienaoliwiony traktor, a czasem nawet daje ponieść się emocjom i przewraca się na plecy, wypinając białe podbrzusze. W nielicznych momentach słabości, kiedy trzyma się go na rękach i pieszczotliwie szeptem gada sprośności do uszka, ociera się pyszczkiem o twarz, zapominając o ostrożności w kontaktach z człowiekiem. Nie ma jednak absolutnie mowy, by dał się pogłaskać komukolwiek obcemu. Gość w domu oznacza położone po sobie uszy, podkulony ogon, panikę w spojrzeniu i ruchach. Z wiekiem Kitajec staje się coraz bardziej podobny do swojej babki Rudelli. Fizycznie. Marchewkowość kociaka zmienia się w płową rudość kocura, mężnieje, rośnie jak na drożdżach. Emocjonalnie za to wrodził się do któregoś z tchórzliwych ojców czy dziadków odwiedzających nasze podwórko. Rudella nie bała się niczego, Rudelli się bano.

Ależ się stałaś podobna do swojej mamy, zaskakuje mnie stwierdzeniem teściowa brata. Całe świadome życie byłam przekonana, że wygląd odziedziczyłam raczej po babci, a prawie całą schedę po mamie przejęła siostra. Fizyczną. Emocjonalnie, z moją zminimalizowaną ufnością do ludzi, mnie jednak do mamy bliżej. Mamę mam nieprzeciętnie nietowarzyską, lubującą się we własnym towarzystwie, stroniącą od nieznajomych i tłumów. Sama też nieźle czuję się sama ze sobą, tłumów serdecznie nie znoszę, a poznawać nowych ludzi nie muszę; ilość posiadanych znajomych w pełni mnie satysfakcjonuje. Obcych się nie boję, zwyczajnie nie czuję potrzeby zagadywania ich na ulicy, dzielenia się nimi refleksjami w pociągu, wygadywania się im, wypłakiwania, otwierania przed nimi duszy. I niekoniecznie im ufam. Noszę w sobie nutkę sceptycyzmu, ona zawsze na wierzch wypływa. Nie do końca wierzę, nie całkiem jestem o dobrych intencjach przekonana. Może nie mrużę podejrzliwie oczu, ale w głowie zapala mi się czerwona lampka. Jednocześnie przesadzam z zaufaniem dla tych, których, wydaje mi się, dobrze poznałam. Nawet jeśli wiem, że ktoś nie zawsze ma czyste intencje, niemal ślepo wierzę, że swojej złej woli nie obróci przeciw mnie, skoro się znamy i kapkę lubimy. Mimo iż tłum postrzegam jako twór niewarty grosza zaufania, wolę naiwnie myśleć, że człowiek, którego w jakimkolwiek stopniu oswoiłam, jest z natury bardziej lepszy niż gorszy. Niczym Kitajec czmycham jednak, kładę po sobie uszy i podkulam ogon, gdy ktoś stara się nawiązać nadmierny kontakt fizyczny. Jestem słowolubna, choć nie zawsze potrafię wystarczająco asertywnie warknąć, że większość dotyków mnie parzy. Może powinnam wziąć przykład z Rudelli i drapać bez pardonu, gdy ktoś gmera mnie za uszkiem.

Relacja ze znalezienia młodszej wersji rudzielca:
O drugiej w nocy budzi mnie koszmar. Pająki są tak realne, że zrywam się z łóżka. Włóczę się po domu, kiedy nagle słyszę żałosne piszczenie. Na progu leży rozpłaszczone kocię. Płoworude. Sagi, czyli matki, ani widu, ani słychu. Wołam usilnie, zjawia się po kilku minutach, łasi się do mnie, przewraca na grzbiet, każe głaskać, małego jednak ani nie powącha, choć też go nie odtrąca, kiedy ten się na nią wdrapuje. Chcę, żeby go przygarnęła, ale niewiele to daje: zostaje z nim na chwilę, bardziej zmuszona niż z własnej chęci, ale kiedy tylko odchodzę. Duński się budzi, kiedy szuram wyciągając kartonowe pudełko. Wkładam małego i Sagę. O dziwo, śpią razem do szóstej nad ranem, kiedy budzi mnie przeraźliwy pisk. Kocica wskakuje do pudełka. Może jeszcze będzie z niej matka. I tylko nie daje mi spokoju jedna kwestia: Saga w ciąży wyglądała, jakby miała prędzej pęknąć niż urodzić. Wyglądała na dziesięcioraczki. Gdzie jest więc pozostała dziewiątka kociaków?

[URL="www.tanya.posadzdrzewo.pl"][/URL] [URL="http://tanya.posadzdrzewo.pl"]KLIK[/URL] w podlewanie drzewka

Wpis opublikowaliśmy 30 maja 2011

O końcu świata, długowieczności i straszeniu namolnych dzieci..

Świat nie zakończył się spektakularną katastrofą w sobotę o osiemnastej czasu zapewne amerykańskiego. Nie zakończył się też w amerykańskim stylu wężami zalewającymi ziemię, zatrzymującym się jądrem naszej planety, rozbijającą nas w drobny mak asteroidą, nie zamarzł, nie roztopił się, nie rozpadł na kawałki. Groźnie jednak było, bo punkt osiemnasta czasu polskiego nad pipidówką, w której mieszka brat, bratowa i dwójka ich dzieci, rozpętała się burza z piorunami bijącymi tuż obok bloku, co wpędziło starszą z pociech w stan katatonicznej paniki. Uspokojona faktem, że przecież to amerykański prorok koniec człowieczego istnienia zapowiedział zgodziła się przespać armagedon, po czym w niedzielę rano obudziła się zupełnie niezdziwiona, że wciąż żyje. Wiadomo, złego licho nie bierze, więc wiedzieli, kiedy sobie ciotkę z diabłem za skórą zaprosić na weekend. Zresztą, pisane jest tak mi, jak i bratowej życie długie i pełne emocji, więc nie możemy skończyć marnie w wieku lat ledwie dziestu. Mnie długowieczność przepowiedziała Gretkowska, która – wbrew telewizyjnym zapewnieniom i niezliczonym badaniom naukowym – stwierdziła, że kobiety samotne żyją dłużej. Poprawiam sobie humor naciąganiem teorii, że samotne znaczy niezamężne, dzięki czemu się kwalifikuję. Zresztą, dodaję w myślach, skażeni nieznośną lekkością bytu serca i nerwy mają spokojniejsze. Bratowa za to ma szansę żyć długo, ponieważ jest nie tylko kobietą zamężną, co dobrze rokuje w pozagretkowskich kręgach, ale i pobożną, a niedawno w telewizji oznajmili, że modlący się regularnie, spokojniejsi są, co prowadzi do długowieczności właśnie. Nasze szanse się jednak wyrównują, bratowa bowiem choruje na kompulsywną potrzebę notorycznego ścierania, wycierania, przecierania i nie potrafi spokojnie usiedzieć pięciu minut przy kawie. Przyglądając się jej nieustannej krzątaninie, podziwiałam jednocześnie jej cierpliwość – nie sądzę, że udawaną na potrzeby mojego przyjazdu – do dwóch absorbujących dziewczynek, między którymi jest siedem lat różnicy, więc ich potrzeby zróżnicowane są jak języki afrykańskie. Takimiż zresztą językami do siebie w związku z tym mówią. Matka stara się to złożyć do kupy i przełożyć na język polski, co czasem się udaje, czasem niekoniecznie, ja zaś przez niecałe dwa dni poznałam całkiem niemało sposobów na godzenie dwóch dziecięcych światów, tego z zabawkami targanymi wszędzie w torebce, i tego z zalotnymi spinkami w rozwianych na huśtawce włosach. I tylko sposoby straszenia w nieznośnych momentach rozbawiały mnie do łez. W zapomnienie odeszła Baba Jaga i inne niemodne straszydła, teraz króluje straszenie muchą, która wleci dziecięciu tam, gdzie wlecieć nie powinna, jeśli dziecię będzie uparcie świeciło gołym tyłkiem. I powiedzcie, że to nie lepsze niż koniec świata.

Wpis opublikowaliśmy 23 maja 2011

Rachityczne szczęście

Kawa, papieros. Para i dym tworzyły fikuśne figury nad jej głową, turlając się po niewidocznych krzywiznach, kręcąc piruety, splatając i rozchodząc w różne strony pokoju. Nieświadoma wirującego pod sufitem tańca, spoglądała w szarzejące okno. Dniało. Powinno się rozjaśniać, rozpogadzać, dzień jednak zwlekał z przyjściem. Korelował z jej nastrojem. Ona też spóźniała się z podjęciem kilku decyzji. Zaciągnęła się głębiej. Niespiesznie wypuszczała dym. Chciała zatrzymać ten moment, kiedy spokojnie mogła zamknąć oczy i poszybować myślami ku temu, którego jeszcze nie odkryła, a który na pewno czeka na nią, by ją kochać miłością pełną motyli w brzuchu. Znużone stagnacją serce już dawno zapomniało bić, teraz drżało, wyczekujące, niecierpliwe, złaknione. Nie wiedziała jak wygląda. Nie wyobrażała go sobie w żaden sposób. Wiedziała jedynie, że ją porwie w krainę uniesień i będą tam wiedli życie nigdy nienudne. Zupełnie inne niż gorzki kierat, w którym teraz tkwiła. Z tamtym mężczyzną utknie w lukrowanym bezruchu, w słodkim bezczasie.

Filiżanka z kawą zawirowała na skraju stołu i z głośnym brzękiem rozpadła się na kilka kawałków. Mężczyzna poruszył się, cmoknął, wciąż jednak spał głęboko. Spoglądała na niego przez chwilę, po czym zniecierpliwionym gestem pozbierała potłuczone fragmenty. Będzie plama na dywanie, syknęła. Nastrój prysnął. Krzątała się po kuchni. Standardowe czynności, wykonywane po raz tysięczny, bez zastanowienia. Podobnie mechanicznie traktowała swoje emocjonalne obowiązki. Nie pamięta, kiedy radość z bycia razem ustąpiła nużącej codzienności. Zapatrzyła się w dal, jakby tam szukała rozwiązań, ale radosne wróble wcale nie zamierzały dzielić się swoim optymizmem, kalina obojętnie bujała się w rytm wiatru, a buty kot sąsiada nawet na nią nie spojrzał, choć kilka razy stuknęła w szybę, by zwrócić jego uwagę.

Poznała go przy ulicznym straganie, gdzie kupowała kiszone ogórki do sobotniego schabowego i włoszczyznę do niedzielnego rosołu. W pierwszej chwili jej uwłaczało, że największe szczęście objawiło się tak niespektakularnie, między pomidorem a kalarepką, pomyślała jednak, że poprzedni entuzjastyczny początek doprowadził ją donikąd, i dała się zwieść motylkom w brzuchu, klapkom na oczach i wiośnie w głowie. Nie odważyła się wyprowadzić z domu, wymyśliła chorobę niesamodzielnej matki, z którą mąż nie rozmawiał od czasu pierwszej burzliwej wymiany zdań na rozpasanym weselu i zanurzyła się w dni nieustająco szczęśliwe. Zajadała się emocjonalnymi frykasami, pławiła w przesadzonej trosce, nie dotykała ziemi, wirując nieustannie gdzieś między spełnieniem a przepełnieniem. Aż do mdłości, aż do zawrotu głowy, w lukrowanym bezczasie, w słodkim bezruchu.

Zamknęła książkę. Była jak ta dziewczyna, której nagle zbrzydła gorycz. Głód słodyczy stał się niemal kompulsywny, natrętnie stukał w czaszkę, nie dawał o sobie zapomnieć. Zwabiona obietnicą ciasta i konfitury, dziewczyna trafiła do mieszkania staruszków. Który to już raz pomagamy spragnionym słodyczy, co Edmundzie? Aż dziw, że tylu ich na tym małym świecie. Dziwna para, znająca jej myśli, zatrzymana w czasie. Z początku czuła się niebiańsko. Ciasto, konfitura, trzy łyżeczki cukru w herbacie, nadziewane czekoladki, marcepany, miód. Przesyt.

Z zadowoleniem poczuła na języku goryczkę mocnej herbaty. Spojrzała na męża przeglądającego gazetę. Uśmiechnęła się do niego, kiedy podniósł głowę, ściągnięty jej wzrokiem. Napijemy się kawy na tarasie?, spytała, a on bez słowa złożył gazetę. Siedzieli w milczeniu, kontemplując wieczór, radość wróbli, szum kaliny i obojętność burego kota. Odpowiadała jej ta cisza, brak nadskakiwania, niekrępujący bezruch, gorzkawy bezczas. Dwa tygodnie spełniania marzeń wystarczyły, by dowiedziała się, że nie do twarzy jej w słodkiej stagnacji. To tutaj miała swoje rachityczne szczęście.

Wpis opublikowaliśmy 15 maja 2011

Jak nie uszyć sześciu punktów..

Szycie jest trudniejsze niż życie. Niewątpliwie świadczy o tym fakt, że przeżyłam już swoje niemal czterdzieści lat w jako takiej równowadze emocjonalnej i psychicznej, podczas gdy do szycia podchodzę jak pies do wyjątkowo kolczastego jeża. Moja babcia, pedagog z krwi, kości, powołania i zamiłowania, czyli kobieta wybitnie cierpliwa, postanowiła swego czasu nauczyć mnie szyć. Usadziła mnie więc przy starym Łuczniku i próbowała przekonać, że równoczesne pokręcenie kółka prawą ręką i depnięcie czegoś dla mnie nienazwanego prawą nogą jest bułką z masłem, a tylko ja robię z tego wielkie mecyje. Babcina cierpliwość skończyła się mniej więcej po godzinie, kiedy okazało się, że ścieg wychodzi mi, i owszem, nawet niekoślawy, ale maszyna nijak do przodu szyć nie chce, a do tyłu, czyli w moją stronę, materiał wypluwa. Tego nawet nauczycielska anielskość babci nie zdzierżyła, choć zanim zabrała się za moją szwalniczą edukację, wyszkoliła w tej dziedzinie rzesze przeszłych pokoleń, moją mamę i ciotkę, czyli drugą córkę babci, wliczając. Tak, tak, obie one szyły, haftowały, na drutach robiły, do czego zamiłowania nie odziedziczyłam ani ja, ani moja siostra. Nic to, trzeba pogodzić się z myślą, że wszelkie zdolności dziewiarskie na poprzednim pokoleniu się skończyły i basta. I pocieszać się myślą, że jeden jedyny prostokątny worek, jaki udało mi się uszyć, długo jeszcze służył do przechowywania suszonych owoców.

Szyć jednak niewątpliwie umiem w przenośni. Nie obdarzając mnie żadną manualną zdolnością, natura zrekompensowała ów brak dając mi zdolność tworzenia czegoś z niemal niczego, dlatego nie jest dla mnie żadnym problemem poskładanie skrawków informacji w całkiem zgrabną szatkę i sprzedanie jej używając techniki słowotoku i pewności siebie w głosie. Owszem, przed odpowiedzią/wypowiedzią się stresuję, niewielkiej adrenalinki nie da się uniknąć, jednak wraz z wypowiedzeniem pierwszego słowa, cała moja trema ulatuje, a wiedza, często wcześniej nieuporządkowana i chaotycznie w przegródki powrzucana, klaruje się i wyłuskuję z jej zasobów to, co w danym momencie najbardziej potrzebne. Oczywiście, te wyrzucane na gorąco myśli nie zawsze są do końca wyważone i czasem udaje mi się popełnić niemałą gafę, jednak wybrnięcie z niezręcznej sytuacji można potraktować jako trening, który w niebagatelnym stopniu kształtuje zręczność wysławiania się i wyostrza refleks.

Umiejętności takiegoż szycia zdecydowanie brakuje większości naszych uczniów. Oni odpowiedzi ustnych nie znoszą serdecznie, a niepisemnych egzaminów boją się gorzej niż diabeł święconej wody. Pewnie dlatego trzy osoby nie pojawiły się na ustnej maturze. Powód? Ależ to proste, jak mi wyklarowało jedno dziewczę: nie czuli się nauczeni, bali się, że nie zdadzą, więc stanowili odpuścić. I tylko mój ptasi móżdżek czegoś tutaj nie ogarnia: skoro dziecię wychodzi z założenia, że mu się noga powinie, tym bardziej niczego nie ryzykuje przyjściem na egzamin. Nie uciuła potrzebnej ilości punktów – liczył się z taką możliwością, ale a nuż pojawi się łut szczęścia i uda się uzyskać owe wymarzone trzydzieści procent. Kiedy zaś maturzysta na egzamin nie przyjdzie, na starcie pozbawia się wszelkich szans. A szkoda, bo jednak liżąc co nieco języka, coś tam przez te trzy czy cztery lata w głowie utkwiło i może z tej niewielkiej wiedzy udałoby się uszyć sześć kształtnych punkcików. Nie zawsze jest to jednak możliwe, niestety, bo żeby cokolwiek uszyć, potrzebne są jednak i nici, i choćby skrawek materiału, bez tychże bowiem i Armani nie uszyje. Czterem osobom brakło dziś zasobów. Co będzie dalej?

Wpis opublikowaliśmy 11 maja 2011

Kolory ostatnich dni..

żółty

Wiosna kojarzy się z zielenią: nieśmiałą młodych klonów porastających skraj lasu, soczystą drapiących chmury brzóz, ciemną buchających zapachem ciepła bzów. Nie lubię zieleni na mnie, lubię ją we mnie i wokół mnie. Jednocześnie moją kwintesencją wiosny jest żółć. Obserwuję grę bladożółtego światła poranku na ścianie, widzę przekorę w bursztynowych oczach Kitajca, przebiegam palcami płonące płatki mniszka. Nasłoneczniam się. Wdycham moją wiosnę.

czarny
[URL="http://www.youtube.com/watch?v=xpjwsq3gu5k&feature=related"]KLIK*[/URL]
Hebanowe wokalistki intonują cichutkie murmurando. Dźwięki wibrują w powietrzu, wbijają się w duszę, wkręcają mnie w wir historii czarnej niczym rozpacz, zroszonej potem, łzami, tęsknotą. Głosy wzmagają się, wybijają rytm, spowijają serce całunem przepełnionej nadzieją, wiarą, siłą czarnej muzyki, myśli wypełnia euforia. Ja, nieposiadająca za grosz muzycznej inteligencji, daję się porwać głosom jedwabistym jak nocne, letnie niebo. Nie otwieram oczu. Wokół mnie gładka czerń.

bordowy
[URL="http://www.youtube.com/watch?v=gbgbkdukn44&feature=related"]KLIK*[/URL]
Zaczyna się podobnie. Mężczyźni w bordowych strojach mruczą gruzińską pieśń. Cichutko, delikatnie, zupełnie jak nie dziesięciu okazałych mężczyzn. Drugi utwór, trzeci, piąty. Wieje nudą. Studiuję bordowe kozaczki koleżanki, zastanawiam się, czy kobieta nieco po lewej nie marznie w bordowym kostiumie. Koleżanka szeptem pyta, czy zaśpiewają coś innego, a ja wyłączam zmysły, starając się powstrzymać od śmiechu. Dziesiąty utwór. Coś drgnęło, panowie pokazują, że drzemią w nich głosy na schwał. Zamykam oczy i w bordowej sukni biegnę labiryntem kościelnych korytarzy, nade mną wiruje kanonada męskich głosów. Śmiech odszedł, zachwyt się jednak nie pojawił.

*byłam na 21. Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Sakralnej „Gaude Mater”
Wpis opublikowaliśmy 6 maja 2011

Językowa fanaberia..

Kuriozalność sytuacji, w której pytam, dlaczego Jess (która się jako Jess nie urodziła) usilnie mówi do mnie po angielsku, skoro ja się do niej po polsku zwracam, a ona mi na to, że do każdego tak mówi, a w ogóle to dla mnie zawsze Duński był najważniejszy, doprowadza mnie do łez. Ze śmiechu. Przyznam, że moje pytanie obcesowe było i obliczone na zaczepienie jej, na wywołanie gwałtownej reakcji, bo świetnie wiem, że Jess od zawsze preferuje konwersacje w języku angielskim, choć od urodzenia mieszka w Polsce, jej rodzice są Polakami i nie mam pojęcia, czy kiedykolwiek w kraju niepolskim była. Zresztą, były czasy, kiedy dużo rozmawiałyśmy w tymże języku, poznałyśmy się bowiem na angielskojęzycznym czacie. Sądziłam jednak, że wyrosła ze swoich nastoletnich buntów przeciw mowie ojczystej, jest już przecież dorosłą kobietą. Nic z tego, Jess unika języka polskiego jak ognia, nie mówi w nim, nie ogląda polskiej telewizji, nie słucha polskiego muzyki, niemal nie ma polskich znajomych. Wszystko to wyłuszczyła mi starannie w mailu, który dostałam po kilku dniach milczenia i myślenia. Wynikało z niego jasno, że udzielając jej odpowiedzi w języku ojczystym, nie szanuję jej wyborów, że język niećwiczony popada w zapomnienie, ona zaś angielskiego zapomnieć by nie chciała, a nie ma innych możliwości go używania niż internetowe rozmówki, że nienawidzi osób, które mówią po polsku, tylko dlatego, że są z Polski, a w ogóle to dla mnie zawsze Duński był najważniejszy. Bo tenże argument padł na końcu, nie był więc koronnym, jak mniemam. Nie powiem, że mnie przekonała. Tym bardziej, że punktem wyjścia dla naszej słownej potyczki było moje zdanie, napisane w języku polskim.

Niech sobie jednak Jess mówi wszystkimi językami świata, generalnie nie jest to moje zmartwienie, bowiem na co dzień niewielki mamy ze sobą kontakt. Nic to również, że naprzemiennie śmieszy mnie i irytuje fanaberyjne cierpienie wywołane koniecznością używania polskiej mowy – jak wyżej, pewnie nasze relacje się po językowej dyskusji jeszcze oziębią. Poznałam już kilka osób, które tuż po przekroczeniu granicy, zaczynały używać jedynie języka kraju docelowego, niezależnie od tego, czy rozmawiały z kimś, kto polskiego nie zna czy z użytkownikiem naszego ojczystego. Ba, osoby te udawały, że polskiego już nie znają, będąc bowiem od kilku dni w innym kraju i rodzimej mowy nie używając, w mgnieniu oka nabawiły się językowej amnezji. Co więcej, były w swojej obcojęzyczności bardziej obcojęzyczni niż rodzimi użytkownicy danego języka. Strawiłam rozdrażnienie nimi, przeżyję i Jess. Rozumiem, że nie wszyscy muszą pałać do polskiego moim uwielbieniem, nie wszyscy muszą nim przesiąkać, w nim czuć, doznawać. Trafiła jednak na mnie Jess niczym kosa na kamień, bo nienawiści do języka rodzimego tolerować nie potrafię. Nienawiści zupełnie nieuargumentowanej, bo miłość do angielskiego nie jest dla mnie wystarczającym uzasadnieniem; sama go znam i używam, więc wiem, że miłość do jednego języka, nie wyklucza sympatii dla drugiego, trzeciego, setnego. Podczas gdy nie wywieszam w państwowe święta flagi, nie prężę się, gdy słyszę hymn państwowy, nie obnoszę się z przesadnym patriotyzmem, w kwestii języka i pochodzenia jestem nieugięta: Polakiem się zostaje na zawsze, nie da się zmienić miejsca urodzenia. Można je jedynie przekłamać.


Śnieg w maju? To żart jakiś, myślę ja, wgapiając się w płaty jak w styczniu.
Śnieg w maju? To żart jakiś, myślą koty, cofając się ostentacyjne z progu.

Wpis opublikowaliśmy 3 maja 2011

O żabach, telepatii i ponownie pożegnaniu..

Wiosna w pełni, to i zaroiło się od żab. Wyskakują jak filipy z konopi, obleśnie rechoczą i wywołują nieszczęścia. Bo zawsze się znajdzie jakiś szlachetny rycerz, który z żabiej opresji będzie chciał uratować nieszczęsną księżniczkę. Pech jedynie, że ta wcale o byciu ratowaną nie marzy, przeciwnie – do upadłego broni swojego ropucha, rycerza na szwank narażając. I tak oto rycerz, który pomóc chciał, z żabich łapsk białogłowę wyrwać dostaje nie tylko torebką przez głowę, ale i pięścią po głowie od kolesi ciemnej maści. A mówiłam, żeby się na ratunek nie rzucał, bo zapatrzone w żaby księżniczki prędzej za ropuchem w ogień skoczą niż rycerzowi się uwieźć w bezpieczne miejsce dadzą. W całej tej sytuacji miłe jest jedynie, że wciąż istnieją rycerze gotowi w obronie honoru damy dać się pobić. Biorąc pod uwagę powyższe, dziwić nie powinno, że mam uczulenie na żaby. Jednakowoż nie pałam też największą sympatią do książąt, niemniej kusiło mnie, by wczoraj wziąć urlop bezpłatny i wgapiać się w telewizor zamiast ronić łzy podczas pożegnalnej akademii. W trakcie półgodzinnego występu wypłakałam je wszystkie, nie starczyło ich na rozstanie w kameralnym gronie, choć głos mi się łamać zaczął przy słowach, że to co w duszy jest najważniejsze, ale zapomnieć też nie można, iż w życiu równie ważna jest twarda dupa. Niemniej istotne jest też poznanie drugiego człowieka, tak jak oni poznali mnie: album ze zdjęciami z tych trzech lat był marzeniem, do którego się nie przyznałam, ale które wyczuli telepatycznie. Przeglądam go już któryś raz, wykuwam ich twarze na pamięć, celebruję wspólne chwile, uśmiecham się. Na wieczornym ognisku powiedziałam, że przecież w gruncie rzeczy się nie rozstajemy, jedynie widywać się będziemy nieco mniej intensywnie. I tylko żal, że kawałek nas został zdeptany przez żabę – przybłędę, która pogrążyła rycerza, a nie odstręczyła księżniczki.

Wpis opublikowaliśmy 30 kwietnia 2011

To tylko film?..

W pipidówce jest jak w programie Big Brother. Nie można się rozpłynąć, wtopić w tło, zniknąć. Zawsze trzeba trzymać fason przed obiektywami wścibskich zza szyb, bo a nuż zauważą jakieś karygodne niedociągnięcie. W mieście mogę się zasymilować z ulicą, spacerować wolna od spojrzeń. Iść objuczona dwiema reklamówkami książek, w tym przepięknym albumem z obrazami Rafała Olbińskiego, ilustrowanymi opowiadaniami jego autorstwa. Wypić dużą, białą kawę i, czytając „Dom duchów”, stracić przy niej resztki złudzeń, co do tego, że wyrośnie ze mnie pisarka. Obejrzeć „Salę samobójców”, ocierać łzy przez połowę filmu, a potem nie móc się pozbierać na ławce w galerii.

Wydaje się, że wieki nie byłam w kinie. Przyszliśmy obejrzeć film, który wzbudza emocje. Różne, poczytałam co nieco w sieci. Mną wstrząsnął. Jestem z pokolenia, dla którego drastyczne słowa wystarczą, realistyczny obraz jedynie wzmaga traumę odczuwania. Jednocześnie jestem zwierzęciem wirtualnym, regularnym fejsbukowcem, sieć nie jest dla mnie światem poza moim jestestwem, przeciwnie, w sieć jestem wsiąknięta, więc nic co z sieci nie powinno mi być obce. Siedziałam jednak oniemiała, na bezdechu, przyszpilona. Układałam sobie tę historię raz za razem z głowie i wciąż wychodził mi obraz zniekształcony obojętnością, bezwzględnością, beztroską, niemyśleniem o konsekwencjach. Obraz, na który nałożyło się moje niedowierzanie, że nierealność tak może człowieka uwięzić, że zacznie w nią wierzyć mocniej niż w to, co wokół niego, że bardziej zaufa avatarom niż ludziom, i że ktoś kryjący się pod wirtualnym nickiem może wywrócić system wartości na lewą stronę. I kiedy tak ja rozpadałam się emocjonalnie, ludzie jedli popcorn, pili colę. Kiedy mnie łzy leciały ciurkiem, inni śmiali się w trakcie seansu i tuż po.

Zamykam oczy i nie widzę Clary jasnowidzącej, nie widzę syreny z okładki albumu. Widzę twarz umierającego chłopaka wyświetloną na komputerowym monitorze i zwiększającą się liczbę polubień.

I wciąż nie umiem znaleźć słów.

Wpis opublikowaliśmy 26 kwietnia 2011

Kobieta. Ot, i wszystko..

Zobacz koniecznie!